World of Warcraft – Polski Oficjalny Serwis Fanów

Przemierzaj wraz z nami świat World of Warcraft! Dowiedz się wszystkiego na temat tej wspaniałej gry i odkryj jej tajemnice dzięki naszemu fan site. Wszystkie informacje dotyczące nowej produkcji Blizzarda znajdziesz właśnie tutaj! Zapraszamy!

Throne of the Tides okiem Zgrywusa

GilgoblinWięc ruszamy z naszą relacją z beta testów Cataclysm! Dziś spełnimy prośbę użytkownika Magoot, czyli opiszemy pierwszą instancję CataclysmThrone of the Tides.

Nasza grupa, czyli tankadin Roost, DPS Death Knight Fery, Warlock Grimdel, Paladin Cove (ja) oraz healer Nienna ruszyła na podbój pierwszego dungeonu, z jakim zmierzą się gracze na 80 poziomie.

Throne of the Tides zaczyna się raczej standardowo. Po przejściu kilkuset jardów spotykamy pierwsze trashe – nagi. Pogrupowane po cztery. Standardowo, czyli dwa melee – Naz’jar Invader i dwa castujące – Naz’jar Spiritmender. Walka z nimi była prosta, łatwa i przyjemna. XP za jednego NPC to około 5600 przy Rested.

Po pierwszych czterech zabitych NPC-ach spotykamy coś à la mini-bossa zwanego Naz’jar Sentinel. Walka wygląda praktycznie identycznie jak w przypadku Ick & Krick z Pit of Saron. Naz’jar Sentinel używa melee i rzuca Toxic Waste, czyli zielone kwadraty, na których stanie nie jest zbyt korzystne dla graczy. Kolejna prosta walka.

Następnie udajemy się do przemiłego pana goblina, który teleportuje nas do dalszej części instancji. W przyszłości jednak go nie będzie. Pan goblin jest tu zatrudniony tymczasowo, póki Blizzard nie skończy tworzyć instancji. Możemy to wnioskować po tabliczkach.

Po przeniesieniu się do dalszej części dungeonu spotykamy kolejne pięć trashy, tyle że tym razem walka z nimi będzie utrudniona. Co chwila zlatywać się będą dodatkowi przeciwnicy – 5-osobowe grupki murlocków. Te straszne istoty będą nas terroryzować swoim (nie)wielkim DPS-em. Tak, murlocki to zwykłe (nie elite) NPC. Czary AoE grupy wykańczały je bez problemu. Podczas naszej walki takich nieproszonych grupek gości mieliśmy siedem. Mimo jednak dodatkowych przeszkadzajek przez tę śmiesznie prostą walkę przebrnęliśmy jak bohaterzy.

Idziemy więc dalej, a tam spotykamy o dziwo, kolejne trashe. Kto by się spodziewał? Bijemy je. Oh, udało nam się! Idziemy dalej, a tuż za rogiem… Kolejne trashe! Tym razem jednak walka będzie iście epicka. Do trashy dołączył wspomniany przeze mnie wcześniej mini-boss Naz’jar Sentinel. Co to będzie?! Adrenalina już mi skacze, gdy tylko widzę Toxic Waste, ale… udało się… Nie wiem jak my to zrobiliśmy, chyba po prostu jesteśmy doskonali!

Przed nami pierwszy poważnie wyglądający boss – Lady Naz’jar. Niestety ta pani nie była dla nas miła! Od razu jak rozpoczęliśmy z nią walkę zaczęła nas moczyć! Pani Lady Naz’jar zaczęła coś castować, czego konsekwencją było wzniesienie wszystkich w powietrze, a następnie zrzucenie z pod sufitu. Wstyd się przyznać, ale było wipe, gdyż nie wpadliśmy na to, aby się trochę odsunąć, z czym nie poradził sobie healer. Drugie podejście. Tym razem nie daliśmy sobą rzucać! Dalsza część walki polega na biciu, biciu i odsuwaniu się. Utrudnieniem może być to, że Lady Naz’jar deaktywuje się co jakiś czas, zawisając w powietrzu i wzywając kilku NPC, z którymi musimy się rozprawić zanim wrócimy do walki z tą panią. Taki numer wywinęła nam dwa razy, ale sobie poradziliśmy. Jesteśmy z siebie dumni!

Ruszamy więc dalej. Skręcamy i co widzimy…? Cutscenkę z ośmiornicą. Niestety nikt poza mną jej nie oglądał. Teraz naszym oczom ukazuje się boss zwany Commantler Ulthok. Walka z nim polega na uciekaniu przez „portalami w podłodze”, które czasem otwiera. Portale są znacznie większe niż Toxic Waste tworzone przez Naz’jar Sentinela. Mimo tego daliśmy radę.

Po przejechaniu kilku jardów (tak, można jeździć na mountach) spotykamy kolejnego goblina tymczasowo zatrudnionego w fachu teleportera. Po przejściu kolejnych kilku jardów spotykamy (uwaga, uwaga!) legendarne cztery Gilgobliny będące trashami. Po chwili dołącza do nich Faceless Watcher! Ta bestia bardzo lubi walić pięścią w ziemię i nie radzę pod tą pięść podchodzić, bo śmierć gwarantowana. Mimo tego, że jest to jedno z ciekawszych hobby, jakie spotkamy w World of Warcraft, to nie praktykujcie tego w domu. Waląc pięścią w ziemię możecie zrobić sobie krzywdę! Taki zestaw składający się z czterech Gilgoblinów i obserwatora bez twarzy dostaliśmy jeszcze jeden. Poźniej były cztery Gilgobliny i dwa NPC zwane Faceless Watcher. Poradziliśmy sobie.

Tuż za rogiem spotkaliśmy bossa Erunak Stonespeaker. Bardzo uzdolniony draenei. Panuje nad ziemią i ogniem w bardzo widowiskowy sposób. W okolicach 50% opamiętuje się i… jakieś demony przejmują kontrolę nad jedną z postaci graczy i rozpylają substancje toksyczne albo coś w tym rodzaju. Niestety nie wiem jak to rzeczywiście wyglądało, gdyż podczas robienia screenshotu gra się solidnie zalagowała i wróciłem do niej już jako nieżywy.

Następnie trashe! Kilka grupek, w skrócie nic ciekawego.

Nareszcie – Neptulon. Mimo początkowych wybuchów radości – super, udało nam się, doszliśmy do ostatniego bossa, tak kolorowo z Neptulonem nie było. Walka z nim jest okropnie chaotyczna (mam nadzieję, że Blizzard to zmieni) – wokół wciąż pojawiają się nowe NPC, nikt nie nadąża z reakcją i nie wie co się dzieje. Generalnie, moim zdaniem boss jest do dopracowania. Podejmowałem z nim łącznie jedenaście prób walki w trzech różnych drużynach i do tej pory nie udało mi się go pokonać. Coś jest nie tak…

Idąc tropem podsumowania… Jeśli spodziewaliście się super, hiper, wypasionej instancji pełnej smoków, tłoków, dzikich węży to… Jej nie zobaczycie. To zwykły dungeon poziomem wykonania zbliżony do tych z patcha 3.3. Szału czy żadnych drastycznych zmian nie ma. No, ale to chyba nie szczególnie powinno Was zaskoczyć.

Korekta: pietrex

Patryk Szczepaniak
Ojciec, dyrektor, założyciel. Wielki fan kreskówek, anime, dobrego kina i World of Warcraft oczywiście. Swoją przygodę z MMO Blizzarda zaczął „kilka dni” przed premierą The Burning Crusade. Teraz ma przerwę i zajmuje się mnóstwem innych rzeczy. Między innymi walczy z gitarką, pisze książkę i się edukuje.

Zobacz wszystkie wpisy Patryk Szczepaniak →

No comments